To byli nasi dziadkowie

Taki tytuł nosiła prelekcja poświęcona 100-leciu zakończenia Wielkiej Wojny, którą zorganizowano, jeśli mnie pamięć nie myli, w Ośrodku Kultury Zameczek Czernica. Tytuł wrył mi się w pamięć, ponieważ na naszych terenach niemal każdy, kogo rodzina mieszkała tu w czasie Wielkiej Wojny,  miał krewniaka który wziął w niej udział, zwłaszcza że wyczerpane wojną Niemcy zdecydowały się na pobór mężczyzn w wieku od 17 do 60 lat. Zanim jeszcze zacząłem badać historię swojej rodziny na poważnie, to trafiłem na zdjęcie młodego mężczyzny w pruskim mundurze. Zdjęcie miało w rogach dziurki po szpilkach, jakby wielokrotnie było przypinane do tapety. Po jakimś czasie udało mi się ustalić, że to mój pradziadek ze strony taty, Franz Richard Dyrbusch, mieszkaniec gliwickiego Trynku, kolejarz. Nazwisko swojsko brzmiące w najbliższej okolicy. Jak odkryłem po latach, dziadek Franza, Anton, urodził się w Smolnicy, czyli w parafii Pilchowice. Jest zatem możliwe, że osoby o nazwisku Dyrbusch / Dyrbuś (bo również taka kiedyś była pisownia) z okolicy są spokrewnione. Piszę o tym, ponieważ na naszej pilchowickiej pamiątkowej tablicy poległych również pojawia się Johann Dyrbusch.

Franz Dyrbusch 1918 r.

Zbyt wiele o losach pradziadka nie wiem, ale przeglądając rodzinne zdjęcia oraz analizując strzępki wspomnień jakie do mnie dotarły, mogę sobie, w odniesieniu do historii czasów wojny, kilka faktów poukładać. Na wojnę trafił w wieku około 24 lat – na zdjęciu z prababką Martą ma już mundur, a zdjęcie jest opisane jako zrobione „około 1914” w pracowni gliwickiego fotografa Roberta Pitzek. Sama data zrobienia zdjęcia jest niepewna, ponieważ ślub wzięli już trakcie wojny, w 1915 roku, więc być może osoba opisująca później zdjęcie pomyliła się.  Kolejne zdjęcie, jakie pozwalam sobie zamieścić, pozornie nie ma związku z wojną – widać na nim młodą kobietę z dzieckiem. To wzmiankowana prababcia z moją babcią na rękach. Zdjęcie zrobiono w 1916 roku i, jak głosi rodzinny przekaz, wyświechtana odbitka towarzyszyła pradziadkowi na froncie zachodnim. Patrząc na nie przypominam sobie coś, o czym zwykle w kontekście Wielkiej Wojny mało się mówi, a co było udziałem wielu naszych przodków – strach rodzin o bliskich, a także po prostu trudne warunki bytowe rodzin, których mężczyźni ruszyli na wojnę, nierzadko na niej ginąc. Po zakończeniu wojny nie było lepiej, kiedy w wyczerpanych wojną Niemczech zapanowała bieda, a inflacja ruszyła w pewnym momencie takim galopem, że wypłata z poprzedniego dnia wystarczała na zakup pieczywa. Samotnym kobietom było bardzo trudno utrzymać rodzinę, często wielodzietną.  O trudnych warunkach bytowych i innych okolicznościach pisze również pani Genowefa Suchecka w swoim artykule w niniejszym numerze.

klamra z pasa

Wracając do mojego pradziadka, to według rodzinnych wspomnień miał walczyć między innymi pod Verdun. Dzięki listom rannych w I wojnie światowej, dostępnym w Internecie (http://des.genealogy.net/eingabe-verlustlisten/search ), znalazłem informacje, że Franz Richard Dyrbusch z Gliwic został raniony 14 października 1916 roku. Co ważniejsze, jest tam również wskazana jednostka, w której w tym czasie służył! Jeśli wierzyć danym z Internetu, był to 2. Oberrheinisches Infanterie-Regiment Nr. 99, wchodzący w skład 30. dywizji. Analizując historię tej jednostki, w postaci szczegółowego spisu dat i miejsc gdzie walczyła, znajdujemy informację, że dywizja w 1916 toczyła boje m.in. właśnie pod Verdun. Nazwa ta kojarzy się nawet osobom średnio zainteresowanym historią jako miejsce wyjątkowo krwawych starć. Nazywane są „piekłem Verdun” lub „verdeńskim młynem”, straty po obu stronach były bardzo wysokie – ok. 340.000 po stronie niemieckiej, ok. 380.000 po stronie francuskiej. Był to jedyny przypadek w tej wojnie, gdzie obrońcy stracili więcej żołnierzy niż atakujący. Ponadto bitwa ta była bezsensowną z militarnego punktu widzenia rzezią, gdzie dowódcy obu stron popełniając błędy pchali w krwawy młyn coraz to nowe oddziały. Jej skutkiem było z jednej strony złamanie ducha francuskiej armii, która stanęła na krawędzi buntu. Jednostka mojego pradziadka brała nawet udział w oblężeniu fortu Vaux, gdzie francuscy obrońcy wykazali się niesamowitym męstwem. Fort był pod ostrzałem niemieckim praktycznie od lutego do czerwca 1916 roku, kiedy Niemcy przystąpili do ostatecznego, trwającego sześć dni,  szturmu. Wyczerpana załoga licząca około 500 (!) ludzi dowodzonych przez majora Sylvaina Raynala została zmuszona przez trudne warunki (żołnierze dosłownie umierali z pragnienia, sytuacja zmusiła ich do picia własnego moczu) do kapitulacji. Męstwo obrońców zrobiło na Niemcach takie wrażenie, że następca cesarskiego tronu Wilhelm osobiście wręczył bohaterskiemu majorowi szablę na miejsce broni utraconej w czasie bitwy.

Marta Dyrbusch z córką 1916 r. – foto: Josef Popelka Chorzów

W ten kocioł został rzucony mój przodek, gliwiczanin Franz Dyrbusch. Patrząc na szlak bojowy jego jednostki muszę jeszcze zauważyć, że został pechowo ranny w ostatnim dniu bytności tej dywizji pod Verdun. Zaraz potem, bo od 26 października 1916 roku,  30. dywizja piechoty trafiła w kolejne wielkie piekło tej wojny – bitwę nad Sommą, o której wspominam w innym artykule tego numeru, poświęconym lotnikowi Johannesowi Hoschkowi. Z innych bardziej znanych starć I Wielkiej Wojny jednostka ta uczestniczyła w listopadzie 1917 w bitwie określanej jako „Tankschlacht bei Cambrai”. Była to pierwsza w historii ofensywa pancerna na dużą skalę. Brytyjczycy rzucili tam do walki 476  czołgów, z których jednak 179 zostało utraconych lub wręcz zdobytych przez Niemców. Sama ofensywa nie przyniosła znaczącego przełomu w wojnie, okazała się jednak dowodem na skuteczność sił pancernych, które w początkowej fazie dokonały głębokich wyłomów w obronie niemieckiej.

Na ostatnim zdjęciu widzimy mojego pradziadka w nieco wytartym mundurze. Zdjęcie jest zrobione w Gliwicach, w 1918 roku. Niestety, nie znam konkretnej daty – czy to już po zakończeniu wojny, czy jeszcze w jej trakcie na jakimś urlopie. Dość, że mój przodek szczęśliwie przetrwał krwawą łaźnię I wojny światowej, piekło II wojny, zdobycie Gliwic przez Rosjan i zmarł w latach 60. XX wieku. Przekaz rodzinny głosi, że o ile w ogóle wspominał swój udział w Wielkiej Wojnie, to mówił że w okopach na duchu podtrzymywało go zdjęcie żony z córką i odmawiany różaniec.

Na koniec zdjęcie z prawdziwą pamiątką rodzinną zachowaną do dziś, właśnie po pradziadku Franzu Dyrbuschu: klamra z wojskowego pasa.

To tylko mały wycinek opowieści, jaką można wysnuć na podstawie trzech fotografii i rodzinnej pamiątki. Być może będzie okazja rozwinąć ją na przykład na którymś spotkaniu Stowarzyszenia Pilchowiczanie Pilchowiczanom.

 

Krzysztof Waniczek